Text i zdjecia © Ela Tu-i-Tam

niedziela, 19 grudnia
Kupilam lody na swieta u Berthillon, Ile St Louis.
Moja milosc i szacunek do Berthillon trwa od 1971 roku.
Bylam wtedy biedniutka jak mysz koscielna, biedniutka studentka w Paryzu. Co prawda mieszkalam w miejscach na ktore teraz mnie nie stac: Boulevard Saint Germain, kolo Place Maubert, rue Broca tuz obok Mouffetard, i Boulevard Port Royal kolo Gobelins. Ksiazki czytalam bez kupowania, przegladajac na stojaco w Drugstorze Saint Germain, czesto do polnocy. Stac mnie bylo na "Le Monde" (wowczas 80 centymow za egzemplarz), bagietke, jogurty, jajka na wage na rynku Place Maubert (takie male, stad najtansze) i pomidory. Ucztowalam raz na tydzien u mojej przyjaciolki Veronique, ktora gotowala pysznosci.
Ale od czasu do czasu chodzilam na jedna galke lodow do Berthillon, na wyspe Saint Louis, rue Saint Louis en Ile. Tuz obok byla tam jedna z dwoch polskich kiegarni w Paryzu, z literatura subwersywna w tamtych czasach - wiec te lody i ksiegarnia mi sie lacza razem.
Polska ksiegarnia z Saint Louis juz nie istnieje od paru lat. Natomiast Berthillon wlasnie obchodzi 50-ta rocznice istnienia - ja ich znam od 33 lat, dostalam dzis w prezencie ksiazke specjalnie wydana na te okazje. W sierpniu 2004 powiekszyli sie o ksiegarnie obok - i zrobili tam salonik na 40 osob.
Berthillon jest bardzo nietypowa lodziarnia, a takze nietypowy sklep. Dla nich, od dziada pradziada, jest najwazniejsza jakosc. Przez 50 lat nie spartolili nic, nie poszli za chimerami powiekszania, filiali, globalizacji i Bog jeszcze wie czego. Jest jeden jedyny sklep Berthillon. Zamkniety przez wszystkie wakacje szkolne z wyjatkiem Bozego Narodzienia. Zamkniety w lipcu i sierpniu, na Wielkanoc, na Wszysktich Swietych. Bo oni cenia sobie jakosc zycia, i sami tez zyja.
Pamietam taki obrazek z konca lat 1970tych - wpadlam w srodku popoludnia w dzien roboczy, pozna jesien, kupic lody. W sklepie siedziala cala rodzina, lacznie z malutka Muriel ktora teraz ma 30 lat. I wszyscy obierali cala skrzynke klementynek ze skorek, dokladniutko i starannie - na sorbet. Pachnialo przecudownie, a atmosfera byla jak wspomnienia cieplego domu u babci. Mieli czas wiec zapytalam jak robia sorbety i lody - wytlumaczyli, a jakze. Sorbety to same owoce i cukier, zaden dodatek, zaden. Lody sa wszystkie na tzw kremie angielskim (6 zoltek na 1 litr mleka), a potem czekolada, kawa, wanilia, i inne smaki. Nic innego. Zadne bialka do "napychania" objetosci.
Jesli ktos z Was zapomnial smak poziomek, wanilii, kawy, mandarynek - wszystkich mozliwych owocow, wpadniejcie do Berthillon na jedna galke lodow.
Jakosc, smak i zapach.
Marze sobie, ze moze kiedys ktos w Warszawie. Bo przyzwyczajona do jakosci Berthillon, to ja nie jestem w stanie lyknac zadne Zielone Budki ani Haagen Daas.
Kupilam nastepujace zapachy, po jednym pudelku kazdego:
I dolozylam woreczek marrons glacés - kasztanow w cukrze - te od Berthillon nie sa za slodkie (ten przysmak moze byc latwo spartolony, np. prawie wszystkie pudelka marron glacés sa za slodkie, cukier tani i usztywnia a smak kasztanow zabija).
Powinno starczyc do konca stycznia - pysznosci sie je w rozsadnych ilosciach ;-)